Jan 282013
 
Poland

Trouble viewing translation? Select your default language using Google Translate near top of page. Please be patient with machine translation as it is an evolving technology. Gender, in particular, is problematic in machine translations.

Nazajutrz pójdziemy z rodziną na Wawel – na bramie przywita nas łaciński napis “Jeśli Bóg z nami, któż przeciw nam”. To miejsce symbolizuje złotą chwałę Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Jej filarami była ówczesna złota wolność, demokracja i tolerancja religijna. To była nasza tradycja, która odróżniała nas od reszty Europy. Nasza duma. Później te filary się załamały, a my do dziś czujemy tego konsekwencje. Jako gej nie dam się stąd wypchnąć.

Dzień 25 grudnia 2012 roku, godzina 15. Za oknem wypatruję śniegu. Zima tym razem nie dopisała. Trudno. Ważne, że w domu panuje gorąca świąteczna atmosfera. Wszyscy goście już przyjechali i zasiadamy właśnie do obiadu.

Trzeba było jakoś powiększyć świąteczny stół, bo jest nas całkiem sporo. Święta Bożego Narodzenia to idealny czas na rodzinne spotkania. Przyjechali ciocia z wujkiem ze Śląska – starsi ludzie – jakoś dojechali mimo problemów ze zdrowiem. Jest kuzynka z mężem, jeszcze jeden kuzyn i jeszcze serdeczna przyjaciółka ze Szczecina. Siostra z narzeczonym przylecieli specjalnie z Norwegii. No i my – gospodarze.

Jak zawsze postawiłem na tradycyjną polską kuchnię. Teraz łatwiej o dobre rzeczy, odkąd mamy blisko rynek na Kleparzu – czy jak to mówią w Krakowie – “Plac”. Na początek więc rosół z kaczki, obowiązkowo z domowym makaronem. Później klasyczne wołowe zrazy zawijane, po małopolsku doprawione kminkiem – moje popisowe danie. Do tego sałatka z buraków – obowiązkowo z ogórkami od teściowej.

Przy pierwszym daniu jest trochę sztywno – wiadomo dużo gości, różne pokolenia, różne zainteresowania. Niektórzy znają się dobrze, inni widzieli się lata temu. Do drugiego dania podajemy wino. Wszyscy się rozluźniają. Później część gości da się skusić na “dosłownie mały kieliszeczek” wódki lub nalewki.

No i jesteśmy w domu. Polskiej tradycji świętowania staje się zadość! Kawały, polityka, pogoda, praca, dzieci, kuchnia, zagadki dla najmłodszych – wszystko jest na tapecie. Później żartom, śmiechom, rozmowom nie będzie końca. Szkoda tylko, że rodzice nie dali rady dojechać. Mieszkają na drugim końcu Polski i tym razem świętują z tamtejszą częścią rodziny.

Co chwilę więc ktoś siedzi na telefonie, a to zapytać: – Co u Was? Zrelacjonować: – Właśnie siadamy do deseru. Albo zapewnić: – Pierogi, które nam wysłaliście są doskonałe i wszyscy chwalą!

W domu jest coraz gwarniej, bo wujek dosiadł się do naszego starego pianina z repertuarem kolęd i przygrywek. No i jeszcze te prezenty. Jak w każdym domu są bardziej i mniej udane. Ważne, że jest wesoło. Rodzinnie.

****

Sami jesteśmy trochę zakręceni. To pierwsze święta odkąd udało nam się wyremontować dom po przeprowadzce do Krakowa. Planowaliśmy je od dawna. W ostatnich dniach nie mogłem się wręcz doczekać – zupełnie jak dziecko. Oczywiście trzeba było się pilnować, żeby przedświąteczna gorączka nas nie przytłoczyła. Żeby forma nie stała się ważniejsza od treści. Najważniejsze żebyśmy byli razem – powtarzaliśmy sobie. Jak prawdziwa rodzina. I kiedy tak patrzę na tych wszystkich uśmiechniętych bliskich, myślę sobie że się udało. Mamy prawdziwe tradycyjne polskie Święta!

W ogóle jestem tradycjonalistą. W szkole uwielbiałem lekcje historii. Lubię dawnych mistrzów malarstwa i zabytki. Relaksuję się przy Chopinie. W kuchni najchętniej sięgam do przedwojennych, polskich smaków. W polityce zawsze fascynowali mnie wielcy konserwatyści. Uważam, że największą wartością człowieka jest praca – dla siebie i ogółu. Wierzę w pracę u podstaw. No i więzi międzyludzkie. Miłość, stałość, odpowiedzialność – więzi należy pielęgnować. Dom, rodzina, tradycja, ojczyzna, patriotyzm, wolność, niepodległość, solidarność – to nigdy nie były dla mnie puste słowa. Z Pomorza Zachodniego do Krakowa przeprowadziliśmy się w przededniu moich trzydziestych urodzin. Dlaczego? Bo tu bije serce Polski i tu zawsze czułem się dobrze. To był nasz wolny wybór. Udało nam się kupić mieszkanie w zabytkowej kamienicy. Po roku widzę, że znaleźliśmy swój dom. Nie zawiodłem się.

W przerwie pomiędzy obiadem a deserem trzeba szybko zmienić zastawę i umyć część naczyń. Goście się bawią, a my w kuchni jak zawsze harmonijnie współpracujemy. Mieliśmy w końcu parę lat, żeby się dotrzeć. Najważniejsza jest solidarność – tak przy myciu garów, jak i w całym życiu.

Dawniej nie sądziłem, że wspólna krzątanina we własnym domu będzie tak samo romantyczna, jak moment kiedy parę lat temu w Wenecji przysięgaliśmy sobie wspólne życie. Wyjaśnię tylko: mówiąc o “nas” mam na myśli nas dwóch. Ja i mój partner żyjemy razem od sześciu lat. Razem też pracujemy. Mówiąc o bliskich mam na myśli moją i jego rodzinę, która spotkała się dziś przy naszym stole. Gdyby nie on, to nie byłoby tego radosnego dnia.

****

Samotnie przecież nie dałbym rady stworzyć prawdziwego domu. Nie poznałby smaku trwałego szczęścia i poczucia bezpieczeństwa. A dobrze wiem czym jest samotność! Pierwsza szkolna dyskoteka, pierwsze miłości – a ja sam. Studniówka, studia, juwenalia, początek samodzielnego życia – a ja dalej sam. Sam, ze swoją głęboko skrywaną tajemnicą. Wtedy jako młody chłopak uważałem, że lepiej nikomu nic nie mówić. Bo przecież kto by chciał przyznać się do bycia “zboczeńcem”, “tym chorym człowiekiem”, “dopuszczającym się niegodnych myśli i uczynków”. Jaki normalny zdrowy i facet chciałby być najlepszym wypadku “kolegą gejem”.

A ja tak bardzo pragnąłem rodzinnego życia! Owszem, internet sprawił, że można było kogoś przelotnie poznać. Ale zawsze w ukryciu, bez zobowiązań. Niejednokrotnie żonatego lub księdza prowadzącego podwójne życie. Samotny pośród grona znajomych, co jakiś czas postanawiałem “leczyć się” ze swojego homoseksualizmu. Dlaczego? Bo wierzyłem szafarzom “tradycyjnych wartości”. Bo chodziłem do Kościoła i z uwagą słuchałem kazań. Bo chciałem być “normalny”.

Nie pomogło. W pragnieniu szczęścia byłem na tyle zdeterminowany, że stworzyłem nawet związek z kobietą. Mieszkaliśmy razem a ja próbowałem za wszelką cenę stworzyć normalny dom. To był czas kiedy oszukiwałem siebie, krzywdząc wszystkich dookoła.

Do dziś zastanawiam się jak mogłem mieć nadzieję na trwałość tego, co w imię “normalności” od początku było zbudowane na kłamstwie. Znam takich, którzy poszli jeszcze dalej – dziś po sądach muszą się domagać prawa do widywania własnych dzieci. Wiadomo, ojciec pedał, lepiej niech nie tyka dziecka.

Miałem więcej szczęścia – nieudany związek z kobietą przerodził się w prawdziwą i szczerą przyjaźń. Ale do dziś mierzi mnie jak słyszę o “terapiach uzdrawiających”.

****

Na szczęście wtedy pojawił się On – ten który dziś wraz ze mną zmienia zastawę przy naszym świątecznym stole. Nasze początki były trudne, bo ja niby tradycjonalista, oficjalnie z kobietą. Z nim chciałem żyć na “kocią łapę” – w ukryciu. Mogą tak politycy i księża, mogą żonaci, mogę więc i ja – myślałem sobie. On natomiast pogodzony ze swoim homoseksualizmem, wspierany przez rodzinę, intuicyjnie, dążył do stworzenia trwałego i jawnego związku. Co za pomieszanie pojęć!

Przetrwaliśmy to. Choć nie jest łatwo budować trwałą relację przy braku akceptacji społecznej, religijnej i administracyjnej. Teraz wiem, że to prawdziwa miłość. Wiem, że istnieje – i to taka od pierwszego wejrzenia do dojrzałego uczucia. Z biegiem lat okazało się, że całkiem sporo zwykłych ludzi życzy nam szczęścia. Wtedy uwierzyłem, że możemy żyć normalnie. To nie ma nic wspólnego z “obnoszeniem się” – każdy przecież potrzebuje akceptacji.

Poprzedniego dnia w Wigilię z częścią rodziny poszliśmy na pasterkę do katedry na Wawelu. Mimo przywiązania do tradycji, wizyty w Kościele nie są dla nas przyjemne. My to my. Ale jak mają się czuć nasi bliscy, szczególnie ci starsi i wierzący, którzy stojąc z nami w kościele słyszą te wszystkie obraźliwe brednie o nas.

Papież mówi, że mój, z mozołem budowany, związek jest “zranieniem światowego pokoju”! Zabawne, bo nieraz widywałem księży na czacie i w lokalach, gdy chcieli się umówić na jednorazowy seks. Słowa takie jak: “miłość”, “odpowiedzialność”, “trwałość”, zastępowali pojęciami : “dyskrecja”, “higiena”, “brak zobowiązań”. To ciekawe, że faceci żyjący bez żadnych stałych więzi międzyludzkich, teraz, w ten świąteczny dzień, nam chcą mówić czym jest rodzina. Obrażają w ten sposób rodziców i wujostwo – starszych ludzi, którzy sami odchowali tyle dzieci, a teraz w imię więzi rodzinnych i ze szczerej miłości mają odwagę celebrować Święta z dwoma gejami.

****

Święta to czas podsumowań i snucia planów na przyszły rok. Ktoś z rodziny pyta jak to z nami będzie – przecież to już tyle lat. Wspólny majątek, wspólna praca, wspólne życie. Patrzymy to po sobie, to na sufit. Odpowiadamy, że za niedługo w Sejmie będzie pierwsze czytanie projektów ustaw o związkach partnerskich, choć nie robimy sobie wielkich nadziei.

Wszyscy się zamyślają. – To chore przecież tylu was jest! Wypala nagle oburzona ciocia. Rzeczywiście, to chore, że dziś wyrzucanie więzi rodzinnych miliona ludzi poza margines prawa nazywa się “konserwatyzmem”.

Dziś “konserwatywni” posłowie w imię “tradycyjnych wartości” mówią ośmiu procentom Polaków: “żyjcie na kocią łapę”. Może wierzą, że jeśli odmówią nam wszelkich praw, to znikniemy z ich “normalnego” świata.

To nie jest obrona tradycyjnych wartości, tylko promocja podziemia pełnego przelotnych znajomości a i nieraz prawdziwych dewiacji. Ja, żyjąc przyzwoicie, pełen wiary w państwo prawa, będę musiał używać kruczków, aby dać nam strzępy poczucia bezpieczeństwa. Tu już nie chodzi o to słynne prawo do dziedziczenia i informacji w szpitalu, tu chodzi zwykłą ludzką godność i prawo do samostanowienia przez dwie świadome, dorosłe osoby. Osoby, które nikogo nie krzywdzą.

Tu chodzi o prawo do potwierdzenia miłości i wzajemnej odpowiedzialności w majestacie prawa i Orła w Koronie. Bo teraz będąc zmuszony do budowania swojego życia rodzinnego poza prawem, czuję się odarty z mojej wiary w Ojczyznę. Jako wyborca zostałem w ten sposób wypchnięty na skrajnie lewicowy margines, choć wcale dobrze się tam nie czuję. Jako Polak zawsze byłem dumny z symbolu “Solidarności”. Dziś zrównano go z nietolerancją i homofobią – jak zatem mam być dumnym patriotą!?

W legalizacji związków partnerskich chodzi też o to, żeby młodzi, którzy właśnie się orientują że “coś z nimi nie tak” otrzymali od Państwa wyraźny sygnał. Sygnał, że ich odmienność nie wyklucza ich z bycia pełnoprawnymi obywatelami i szczęśliwymi ludźmi. Może, jeśli nie będą się obawiać społecznego napiętnowania i prawnego wykluczenia, to nie będą też się tułać po hochsztaplerach “leczących” z homoseksualizmu. Może dzięki temu wejdą w dorosłe życie mniej poranieni, bardziej skłonni do budowania odpowiedzialnych związków i pracy na rzecz Ojczyzny.

Bo nikomu nie życzę, żeby przeżywał to co ja kiedyś. A jeśli ktoś mówi, że to wbrew tradycyjnym wartościom, to niech sobie przypomni, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu, w cywilizowanym świecie, w imię “Prawa Boskiego” odmawiano legalizacji czarno-białych małżeństw i praw czarnoskórych w ogóle.

****

Owszem Bóg stworzył mężczyznę i kobietę, ale z jakiegoś sobie tylko znanego powodu stworzył też gejów, lesbijki, kolorowych, leworęcznych i wszystkich innych, którzy jakoś odstają od większości. W ogóle stworzył ludzi różnymi ale i równymi. Z jednakowym prawem do szczęścia. Każdy, kto ma Boga w sercu wie, że On nigdy nie odtrąciłby odpowiedzialnej miłości.

Co innego zacietrzewieni ludzie i ich skostniałe prawo. Niezależnie od wyników głosowania w Sejmie, mój związek przetrwa. Zapewne niejedna para poradziłaby sobie, gdyby odmówiono jej prawa do zalegalizowania związku ze względu na kolor skóry, narodowość czy niepełnosprawność. Wiadomo, da się żyć na marginesie prawa. Tylko czy to jest godne Narodu, który ma taki wkład w historię walki o wolność?

Nazajutrz pójdziemy z rodziną na Wawel – na bramie przywita nas łaciński napis “Jeśli Bóg z nami, któż przeciw nam”. To miejsce symbolizuje złotą chwałę Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Jej filarami była ówczesna złota wolność, demokracja i tolerancja religijna. To była nasza tradycja, która odróżniała nas od reszty Europy. Nasza duma. Później te filary się załamały, a my do dziś czujemy tego konsekwencje. Podczas ostatniej pasterki zrozumiałem, że Katedra na Wawelu to nie jest tylko własność miejscowej Kurii, to pomnik chwalebnej historii mojego wielkiego, niegdyś różnorodnego kraju. Jako gej nie dam się stąd wypchnąć. Bo my konserwatyści, tu razem powinniśmy czerpać ducha naszej tradycji.

Jestem tradycjonalistą. Jestem Polakiem. Jestem gejem [list]

Related...